|
 |
|
 |
Szukaj w Wypadowo.com |
|
|
|
31. Bieg Piastów
GALERIA ZDJĘĆ
31. BIEG PIASTÓW, Jakuszyce, 03.03.2007 r.
Godzina 8.20. Jesteśmy w Jakuszycach. Za 90 minut start. Nic i nikt nas już nie powstrzyma przed wzięciem udziału w sławnym, mającym kilkudziesięcioletnią tradycję, Biegu Piastów. Ludzi tysiące. Zawodnicy, kibice, policja, straż graniczna, stacje telewizyjne i radiowe. Postanawiamy pokręcić się po okolicy, żeby rozgrzać zastane mięśnie i już nieco zziębnięte ciała. Jest dość ostry mróz i wiatr. Zaczyna padać śnieg. Pan Józef odwiedza stację benzynową, na której to dokonuje zakupu Red Bulla. Śmiesznie to wygląda, bo jest jedyną nie startującą osobą z naszej trójki, więc po co mu napój energetyczny?:)
20 minut przed rozpoczęciem biegu sędziowie spisują nasze numery. Wchodzimy do odpowiedniej strefy startowej. ”Boksy” zaczynają zapełniać się zawodnikami. Każdy stara się jakoś rozgrzać. Zaczyna się robić ciasno. Bardzo ciasno. W końcu na dystansie 10 km startuje ponad 500 osób. Jeszcze 10 minut. Spiker prosi, by na jego znak poszczególne strefy, zaczynając od przodu, podnosiły kijki i krzyczały ”hurra!”. Powstaje meksykańska fala, a na twarzach biegaczy pojawia się uśmiech. Teraz hymn Unii Europejskiej, gdyż Bieg Piastów zaliczany jest do cyklu Euroloppet. To taka europejska liga narciarskich biegów długodystansowych. 10,9,8,7,6,5,4,3,2,1...start! Huk z pistoletu komandora Biegu i ruszamy. Ja z tatą tak naprawdę minutę po wystrzale. Zdecydowano się puszczać poszczególne strefy co 20 sekund, żeby ludzie się nie stratowali.
Moje założenia przed biegiem były następujące (w przeciwieństwie do taty, który miał tylko jedno: móc powiedzieć po biegu: ”Przybyłem, przebiegłem, nie padłem;)”):
- patrz powyżej (nawias o tacie i jego celu)
- być w pierwszej 300-tce
- na odcinkach płaskich biec szybko, ale z rezerwą ”na później”
- na podbiegach ( głównie na tym najdłuższym) dawać z siebie wszystko i wyprzedzać kogo się da
A że Bieg Piastów zaczynał się podbiegiem... Pognałem od samego początku z myślą przebicia się przez masę narciarzy. W ferworze walki jeden zajeżdża drugiemu tor, spora grupa osób z kategorii „godnie kroczących” (tak określa się na jakuszyckich trasach tych, którzy ”biegają” bez fazy poślizgu, a więc de facto idą), ktoś inny najeżdża mi na nartę. Masakra. Po pokonaniu podbiegu wbiegam na Polanę Jakuszycką, 100-metrowa prosta i 50-metrowy lekki zjazd. Teraz ok. 4km płaskiego odcinka. Śnieg sypie już w najlepsze. Zimna już specjalnie nie czuję. Emocje i ostry początek biegu rozgrzewają znakomicie. Trasa na tym etapie poprowadzona jest przepięknie. Początkowo biegniemy wąwozem, a potem po dawnym trakcie kolejowym z wysokim nasypem. Bajkowa sceneria. Jest tylko jedna trudność. Są tylko 3 tory, podczas gdy na pierwszym podbiegu tuż po starcie było ich 12. Wniosek? Przy każdym manewrze, głównie podczas wyskakiwania z własnego toru i wskakiwania w inny (słowo-klucz: wyprzedzanie:)), trzeba baaaardzo uważać. Chwila nieuwagi i zalicza się bliskie spotkanie z matką glebą. Co rusz ktoś leży. W pewnym momencie i ja dołączam do tego grona. Po kilku sekundach od upadku wjeżdża we mnie jakiś facet i będąc już w pozycji horyzontalnej wita po staropolsku: „K...a, jak jedziesz?! Ja pier...e”. Miło. Obaj wstajemy, by nie tracić cennych sekund i ruszamy w pościg za „tymi przed nami”. Biegnie mi się dobrze. Staram się dawać ostro do przodu, ale zgodnie z założeniami, zostawić dopalanie na podbieg.
Dobiegam do miejsca, gdzie trasa odbija w lewo. Niewielkie wzniesienie (trzeba się pilnować, żeby nie zrobić kroku łyżwowego, bo sędziowie dyskwalifikują z miejsca (przynajmniej według regulaminu tak miało być)), skręt w prawo i zaczyna się odcinek prawdy. Kilkukilometrowy podbieg. Tempo siada znacznie. Trzeba byłoby mieć siłę chyba konia, żeby pędzić z taką prędkością jak po płaskim. Nie ma takich w grupie biegnącej ze mną. Na szczęście torów jest już chyba 6. Nadchodzi moment, w którym w głowie zapala się zielone światło. „Run, Forrest, run!!!”.
Czuję się świetnie i zaczynam mijać rywali jak tyczki. Jak się później okaże, od połowy trasy aż do mety, nie dam się już nikomu wyprzedzić. Szacuję, że na podbiegu przesunąłem się o jakieś 100 pozycji. Teren się wypłaszcza, jeszcze 150 metrów i na Rozdrożu pod Działem Izerskim (886 m n.p.m) tory skręcają w prawo. Ostatnie 3km przede mną. Trasa robi się zupełnie płaska, miejscami nawet lekko opadająca. Postanawiam pobiec nieco wolniej, żeby chwilę odsapnąć. Zawodowcy i mocarze pewnie właśnie finiszują, a słabszych zostawiłem na podbiegu. W zasięgu wzroku mam 4 osoby (1 z tyłu, 3 z przodu). Atakuję. Dwóch dopadam po kilometrze. Trzeci broni się niesamowicie. Facet ma może z 60 lat. Co go doganiam, praktycznie zrównuję się z nim, to mi jakoś ucieka. Odwraca się raz po raz w moją stronę i nagle... traci równowagę zaliczając wywrotkę. Trochę mi głupio, że w taki sposób go wyprzedzam, ale czekać na niego nie zamierzam;) Dobre 10 minut biegnę zupełnie sam. Chwila na przemyślenia i wyrównanie tętna. Do mety ok. 1000m. Na tym etapie nie ma mowy o oszczędzaniu się. Staram się wydłużać fazę poślizgu jak mogę. Wchodzę w kolejny zakręt i...
... widzę w oddali metę! Jeszcze ok. 300m. Prosta, krótki zjazd, lekki podbieg, mostek i jakiś 70-metrowy finisz. Odwracam się. Trzech zawodników goni mnie zaciekle. Przede mną dwóch. Ci, którzy brali udział w jakichkolwiek oficjalnych zawodach, twierdzą, że to ogromna różnica, czy dobiegnie się przykładowo na 457 czy 458 miejscu. Skoro tak, to sam chcę tego doświadczyć. Postanawiam wyprzedzić dwóch jegomości, którym oglądam plecy. O naturo złośliwa! Właśnie wtedy dopada mnie kryzys tuż przed metą. Nogi w kilkanaście sekund robią się jak z waty. Diagnozuję stan przedzawałowy;) Sił starcza mi na minięcie jednego z nich. Przeskakuję na inny tor, by powalczyć z drugim. Jedna próba. Odpuszczam. Nie mam już zwyczajnie sił. Człowiek-dętka. Wybiegam z lasu na ostatnią prostą. Tłumy kibiców, spiker komentujący bieg, błyski fleszy i okrzyki zagrzewające do przyspieszenia na finiszowym odcinku (mądrale;)). Przekraczam linię mety. Od razu pytam sędziny: „W której setce przybiegłem?!” Ona: „W pierwszej.” Re-we-la-cja! A chciałem być wśród pierwszych 300 zawodników! Przebiegłem te 10km klasykiem w największym narciarskim biegu masowym w Europie Środkowo-Wschodniej!!!
Jestem potwornie zmęczony, ale szczęśliwy... że się udało, że tata też tu jest i za jakiś czas dobiegnie (szybciej niż myślę), że miejsce świetne, że po prostu spełnia się jedno z kolejnych marzeń... Za linią mety czekają dwie niespodzianki. Ktoś z organizatorów wręcza mi reklamówkę, w której są upominki (m.in. opaska z polaru, czapeczka, pamiątkowa przypinka). Zaraz po tym podchodzi jeden z sędziów i... zakłada mi medal na szyję! Zaskoczenie, ogromna radość i co tu ukrywać, lekkie wzruszenie. Miały być ”tylko” dyplomy, a tu taka pamiątka na lata będzie!
Szybko zdejmuję narty i zmierzam w kierunku żołnierzy, którzy wydają herbatę. Piję pierwszy kubek, potem drugi i trzeci. Herbatka smakuje jak nigdy. Wśród kibiców poszukuję pana Józefa, który miał nam robić zdjęcia, gdy będziemy pokonywać ostatnie metry. Niestety nie ma go, gdyż, jak się później okaże, być go nie mogło. Zakładaliśmy, że pokonanie dystansu 10km zajmie nam ok. 2h, a byliśmy na mecie „nieco” wcześniej... [Popołudniu poznaliśmy oficjalne wyniki: Ja 51. miejsce z czasem 01:04:10,2, tata 167. miejsce i czas 01:18:14,0. Zwycięzca miał 00:45:02,7, a ostatni, 465. zawodnik 04:06:53,5 (72 letnia pani...:o)].
Po zaspokojeniu pragnienia idę ustawić się przy taśmie wzdłuż trasy, by wypatrywać taty. Ku mojemu zaskoczeniu po kilku minutach dostrzegam znajomą sylwetkę w czerwonym polarze. Już by zbliżał się do mety?! To ja tu prawie tydzień z Agą w Jakuszycach trenowałem, a tata niemalże prosto zza dyrektorskiego biurka i taki czas! W wieku 51 lat! Co za forma! Chylę czoła przed mistrzem! No po prostu ”respect”:) Najlepsze jest to, że tata wygląda jak po spacerze z Odim. Praktycznie zero zmęczenia. Mówi, że nie biegł na maksa, że chciał tylko ukończyć bieg. Szok. Odbiera reklamówkę z prezentami, medal. Padamy sobie w ramiona. Tata też wzruszony. Cieszymy się jak dzieci. Tata zostaje z nartami, a ja lecę dla niego po herbatę (sam też proszę o herbatę nr 4). Dzwonimy do pana Józefa. Siedzi w samochodzie i słucha transmisji z Mistrzostw Świata w Japonii, gdzie przed chwilą Adam ”Wielki” Małysz pofrunął po złoto. Po 10 minutach zjawia się pan J., czyli nasz fotograf. Robi nam kilka pamiątkowych zdjęć (obowiązkowo z medalami na piersiach) i uciekamy do samochodu, bo na Polanie Jakuszyckiej wieje coraz mocniej.
Jako że do granicy czeskiej mamy 2km wybieramy się do Harrachova. Po 2h wracamy do Szklarskiej Poręby, gdzie mieści się nasza baza noclegowa. W pokoju wymieniamy się wrażeniami z zawodów i podziwiamy cienką czapeczkę zimową, która była w jednej z reklamówek (w drugiej była też czapeczka, tyle że przebrzydła) wręczanych przez organizatorów. Granatowa, z symbolem biegacza, napisem ‘Bieg Piastów’ i malusieńkim pomarańczowym pomponikiem. Kapitalna. Tacie tak się podoba, że musiałbym mieć głaz narzutowy zamiast serca, żeby ją wziąć dla siebie. A teraz zagadka. Gdzie jedziemy o godzinie 17, czyli jakieś 5h po zawodach? Do... Jakuszyc. Chcemy jeszcze po raz ostatni tej zimy pobiegać na nartach. Sypie śnieżek, zmierzch, a my we trzech na trasie. Tata biegnie pierwszy oświetlając nam drogę czołówką. Niesamowite przeżycie...
Czy wystartujemy w 2008 roku w 32. Biegu Piastów? Mało tego, że wystartujemy. Razem z nami, wierzymy w to mocno, pobiegną jeszcze co najmniej trzy osoby: Aga, pan Józef i sąsiad...
Chciałem dodać, że jest to ich pierwszy start w Biegu Piastów. - dop. Maciek
Wróć || Skocz do góry
| |
|